Dzień w Peru


Wszyscy byli ciekawi jak płynął mi czas kiedy korporacja w której pracowałem wysłała mnie prosto z naszej codziennej polskiej rzeczywistości na kraniec świata do Peru.

 Kierownik mojego działu zaproponował mi to sześciomiesięczne zlecenie z zakwaterowaniem ze względu na mój certyfikat z hiszpańskiego i fakt że jako jeden z nielicznych pracowników w tej części firmy byłem stanu wolnego i nie miałem dzieci. Oddelegowano mnie do Puno, miasteczka w południowo-zachodniej części Peru nad przepięknym jeziorem Titicaca. Chociaż na początku musiałem przywyknąć, to ogólnie patrząc moje dni na wyjeździe wyglądały dość podobnie i spokojnie.

Wstawałem o 6.20, goliłem się i piłem kawę, która muszę przyznać jest o niebo lepsza niż w domu. Prasowałem koszulę, wybierałem spodnie i wychodziłem na autobus, który wiózł mnie do pracy w centrum. Na przerwy wychodziłem kupić sobie kanapkę w kawiarni naprzeciwko, w której pracowała pewna urocza peruwianka brazylijskiego pochodzenia. Nigdy nie udało mi się jej zaprosić na kawę…

Zwykle o 16 brałem plecak i wychodziłem z pracy, choć zdarzało się zostawać dłużej, gdy analizy z centrali przychodziły z opóźnieniem. Na początku wracałem pieszo chcąc poznać miasto choć z czasem stałem się bardziej leniwy. Denerwowały mnie czerwone światła dla pieszych – jeśli nie przechodziłeś na czerwonym, można było stać nawet 10 minut oraz ciągłe korki w godzinach szczytu. Ludzie wydawali mi się nieufni wobec obcych – wiadomo – w turystycznie obleganym Cuzco pewnie się już przyzwyczaili. Moim plusem był hiszpański, gdy okazywało się że można się ze mną porozumieć zwykle ludzie okazywali się gościnni i sympatyczni. Kiedyś przystanąłem i zdjąłem słuchawki żeby pogłaskać pieska który podbiegł mi pod nogi i nawiązałem długą rozmowę ze starszą panią (jego właścicielką) o jeziorze, i dumie z uniwersalnego punktu wypoczynkowego miasta.

Zakupy w lokalnym supermarkecie zawsze były dla mnie ciekawym doświadczeniem. Zawsze poza bułkami, mlekiem, wędliną i warzywami wybierałem sobie jeden produkt, którego nie miałem pod ręką w toruńskiej biedronce.  Często gotowałem, choć znacznie bardziej opłacało mi się zamówić po prostu maka.

Miałem pod blokiem lokalne targowisko, ale podobnie jak u nas, po południu można było na nim znaleźć tylko odzież używaną, karmę dla zwierząt i kosmetyki.

Wieczorami oglądałem filmy, grałem ze znajomymi z Polski, a czasami włóczyłem się po okolicy, choć nie wydawała mi się zbyt bezpieczna  po zmroku.

Komentarze